Stać się najlepszą wersją samego siebie – rozmowa z utalentowanym barytonem, Hubertem Zapiórem

Między nim a sceną zaiskrzyło, kiedy miał zaledwie 11 lat. Dziś zdobywa serca melomanów na całym świecie i udowadnia, że wszystkie bariery można przełamać. Trwa wielka akcja crowdfundingowa (www.gofundme.com/hubert-zapior), która pozwoli mu studiować na prestiżowej uczelni w Nowym Jorku. Spotykamy się wieczorem w przytulnej kawiarence w centrum miasta, z którego oboje pochodzimy.

Przychodzi na czas, mimo że jego grafik jest niezwykle napięty. Wysoki, przystojny, o wyjątkowym głosie. Zastanawiamy się, ile lat minęło od naszego ostatniego spotkania. I już wiem, że to będzie inspirująca rozmowa.

Kiedy pomyślałam o Tobie, w głowie zrodził się obraz Ciebie… na scenie! Od kiedy Cię znam, spotykam właśnie tam – w dzieciństwie miejscowa grupa teatralna, teraz światowa kariera. Masz 24 lata, a na scenie jesteś od zawsze. Czujesz się już starym wyjadaczem czy jeszcze debiutantem?

Debiutantem. Cały czas wyznaczam sobie nowe wyzwania – najpierw wydające mi się kiedyś nieosiągalne dostanie się do Warszawy, później marzenie o wystąpieniu w Operze Narodowej. Co było naprawdę dużym wyzwaniem, bo przecież młodzi mają tam ograniczony dostęp. I teraz to również się spełni, bo w grudniu zadebiutuję tam w „Czarodziejskim flecie” – dużej, pięknej międzynarodowej produkcji. Zaraz będę debiutował w Nowym Jorku. I mimo, że w ostatnich latach zdobyłem duże doświadczenie, każde nowe miejsce będzie dla mnie debiutem.

I tak przez całe życie?

Do pewnego momentu. Ostatnio w jednym z wywiadów mój mistrz, wielki autorytet, Mariusz Kwiecień, mówił, że dyrektorzy oper proszą go o przygotowywanie nowych tytułów, bo wszędzie pojawił się już w każdej z ról, jakie ma obecnie w swoim repertuarze. W operze,tak jak w teatrze dramatycznym, pewne role przychodzą z czasem. Trudno grać role ojców zaraz po studiach, żeby zagrać Hamleta czy Lady Makbet również potrzeba czasu, doświadczenia i pewnej życiowej dojrzałości. Wracając do mnie – na każdej scenie i za każdym razem czuję się debiutantem. I za każdym razem daję z siebie 100%, bo chcę, żeby mnie zapamiętano i zaproszono ponownie. Tak jest na przykład w przypadku mojej współpracy z Filharmonią Krakowską. Pojawiłem się tam w zastępstwie za innego śpiewaka i zaraz po koncercie dostałem zapewnienie, że zostanę zaproszony ponownie. Tak się stało i kilka tygodni temu zaśpiewałem w „Carminie Buranie” C. Orfa na zakończenie sezonu Filharmonii Krakowskiej.

I ciągle czujesz się jak na castingu. Ciągle musisz udowadniać innym, że jesteś znakomity. Jesteś cały czas w ruchu, działasz. Nie szkoda Ci takiej luźnej młodości?

Ale ja przepraszam, ja mam bardzo luźną młodość! (śmiech)Kiedy zaczynałem studia, miałem z tyłu głowy jeszcze lekcje matematyki
w liceum. Wiedziałem, że moi koledzy poszli na AGH, politechnikę. A ja zajęcia akademickie zacząłem od leżenia na karimatach, nauki oddychania i poznawania swojego ciała. I to właśnie ta fajna młodość! W pracy śpiewaka operowego robi się tyle fantastycznych i nowych rzeczy…

No i robi się to, co naprawdę się kocha, prawda?

Tak, właśnie tak! To ogromny komfort, ale również bardzo ciężka praca. Bez silnej psychiki i samodyscypliny trudno sobie poradzić.Śpiewacy mają przecież swój instrument ciągle przy sobie i muszą o niego dbać tak samo jak np. skrzypek. Z tą różnicą, że nie możemy odłożyć swojego głosu do futerału. (śmiech)

Co zainspirowało Cię do pójścia w kierunku muzyki, opery? Co inspirowało Cię w dzieciństwie, kiedy zaczynałeś? Co inspiruje Cię teraz?

Pamiętam, że jako mały chłopiec bałem się śpiewać. Szlaki do rozwoju przetarła mi starsza siostra, Justyna, która brała udział w wielu konkursach wokalnych i wszystkie je wygrywała! I ona była taką moją pierwszą inspiracją. Ale bywało różnie. Rodzice chcieli wysłać mnie do szkoły muzycznej, posyłali na lekcje gry na fortepianie. Ja wolałem grać w siatkówkę, bardzo to lubiłem, bardziej niż grę na instrumencie. Rodzice,chcąc mnie zmotywować,powiedzieli mi wprost: jeśli będziesz grać na fortepianie, to będziesz grał w siatkówkę.

No, ostro…!

Ostro. (śmiech) I wyobraź sobie, jak ja bardzo nienawidziłem gry na fortepianie, bo… zrezygnowałem z tej siatkówki! No, ale wtedy też byłem w grupie teatralnej, do której trafiłem dzięki Agacie Podłęckiej. W IV klasie razem z Tomkiem Olchawą, moim kolegą z ławki,zaangażowała nas do jasełek. A to było dość niewyobrażalne, bo wtedy w grupie teatralnej średnia wieku była zdecydowanie wyższa niż teraz. I to było takie pierwsze zderzenie z wielką sceną…

I między Tobą a sceną zaiskrzyło.

Tak, zaiskrzyło. Myślę, że zostałem wybrany do grupy teatralnej nie przez to, że przejawiałem jakieś szczególne talenty aktorskie. Agata Podłęcka chciała zabrać do grupy Tomka. A że wtedy się przyjaźniliśmy, to w pakiecie wzięła też mnie. I tak przypadkiem trafiłem na scenę. Wtedy pojawiły się takie pierwsze myśli o tym, że chciałbym zostać aktorem. Andrzej Gicala wysyłał mnie na różne konkursy wokalne, które utwierdzały mnie w miłości do sceny. Później w gimnazjum moją nauczycielką polskiego została pani dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury – Małgorzata Cuber – i zaprosiła mnie do działającego tam kółka teatralnego. MOK to było takie moje zderzenie z trudną pracą. Pamiętam, ile pani Ewelina Stępień wkładała energii,abym przekraczał swoje granice. Na pewno takim przekroczeniem, które pamiętam, był upiorny śmiech, który musiałem z siebie wydobyć w jednej z piosenek kabaretu Starszych Panów…

Pamiętam ten występ! Był znakomity!

A ja tego na początku bardzo się wstydziłem. To był zdecydowanie taki przełomowy moment. Na początku nie miałem obranej żadnej konkretnej ścieżki, po prostu chciałem śpiewać. A pan Andrzej Gicala groził mi ciągle palcem i powtarzał, że Pan Bóg najbardziej każe za niewykorzystane talenty. Bo ja byłem takim niepokornym chłopakiem i gdyby nie on, kto wie, czym bym się teraz zajmował.

Ale kiedy patrzyło się na to z boku, wyglądało to nieco inaczej. Odnosiło się wrażenie, że jesteś w tym cały i sprawia Ci to ogromną przyjemność.

Bo tak było. Ale jednak duże znaczenie miała tu obecność ludzi, którzy mnie prowadzili. Pamiętam taki okres, kiedy sądziłem, że już wszystko potrafię, jestem najlepszy. I przytrafił się kolejny konkurs – o Muszlę Świętego Jakuba. Jedna kolęda – porażka, druga – nie pamiętam słów. Krzysztof Szydłowski, kolejny mentor na mojej drodze, ochrzanił mnie wtedy, delikatnie mówiąc, i powiedział, że jeśli chcę to robić profesjonalnie, muszę iść do szkoły muzycznej. I spróbowałem w Krakowie. Za pierwszym razem – porażka. Bo zdając na śpiew klasyczny wykonałem piosenkę z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. Wtedy zgłosiłem się do Moniki Kucińskiej,która wówczas uczyła śpiewu klasycznego w Szkole Muzycznej w Bochni. Dostrzegła we mnie potencjał. Przez pierwsze miesiące nie byłem jednak przekonany do śpiewu operowego, ale wszyscy mówili mi, że ten śpiew operowy to podstawa, i że później zaowocuje to w nauce „rozrywki”, więc kontynuowałem kształcenie. Po pół roku zacząłem mieć z tego coraz większą satysfakcję, a kiedy po roku zostałem przyjęty do Szkoły Muzycznej II st. przy Basztowej 9 w Krakowie byłem już kompletnie zakochany w operze i ta miłość trwa do dziś.

A co teraz Cię inspiruje? Bywa, że sam siebie inspirujesz?

Czy ja sam siebie inspiruję…? Staram się pokonywać jakieś własne blokady, stawiać sobie wyzwania, których spełnianie inspiruje mnie do wyznaczania sobie innych jeszcze śmielszych celów. Lubię sobie wszystko dokładnie planować i to realizować. A jeśli się nie udaje, to… bardzo się złoszczę!

I ta złość motywuje do walki?

Tak. Wszystkie porażki mnie motywują. Choć na początku jest ciężko. Ten zawód wiąże się balansowaniem na granicy skrajnych emocji, to jest wymagające i męczące.

A co w tym zawodzie sprawia Ci największą trudność? Co najbardziej cieszy?

Najłatwiej zacząć od tego, co cieszy…

Kontakt z publicznością?

Zdecydowanie!

Włoska noc. Gala Sylwestrowo-noworoczna. Nz. Hubert Zapiór. 31.12.2016 fot. Krzysztof Mystkowski / KFP

Co takiego jest w tym kontakcie, że każdy artysta na początku wspomina właśnie o nim?

Bo artysta nie istnieje bez publiczności. Co z tego, że zaśpiewam coś idealnie, skoro sala będzie pusta? Ale satysfakcjonuje mnie też to, że udaje mi się zrobić coś najlepiej, jak potrafię. Teraz takim wyzwaniem była wspomniana „CarminaBurana” w Filharmonii Krakowskiej. Partia barytonu jest w niej bardzo wymagająca, używa się wszystkich rejestrów, łącznie z falsetem… Dla mnie to było kilka miesięcy przygotowań. I często przy takiej pracy jest tak, że: „O! Po dwóch miesiącach udało mi się wreszcie zaśpiewać ten dźwięk,tak jak chciałem”. To dopiero połowa sukcesu, bo to,że udało się w sali, w komfortowych warunkach, nie znaczy, że uda się podczas koncertu. Dopiero kiedy zaśpiewasz to przed publicznością, a ona na koniec nagrodzi cię brawami,wiesz, że po raz kolejny coś sobie udowodniłeś, no i pojawia się satysfakcja…

… która mnoży się przez setki widzów.

Tak, chociaż dla mnie nie ma znaczenia, czy na sali jest 20 osób czy 2000. To jest po prostu zwieńczenie pracy. A co sprawia mi największy problem? Złoszczę się często, niecierpliwię, bo chciałbym widzieć efekty natychmiast. A może to, nad czym teraz pracuję, wyjdzie mi dopiero za dwa lata…?Ale co jeszcze jest utrudnieniem? Nie wiem…

To może nie ma takich rzeczy?

Są! oczywiście, że są! Problemem jest na przykład… O, jestem zazdrosny! Ale jestem sympatycznie zazdrosny (śmiech).

To taki rodzaj zazdrości, który raczej motywuje.

Tak. Ta zazdrość to raczej połączenie podziwu i szacunku, dla tych którym zazdroszczę na przykład udanego występu. Nie jestem zawistny. Staram się podchodzić do każdego z sympatią i uśmiechem. Mój coachEytanPessen powtarza mi, że tego musi się ode mnie nauczyć – jak zawsze być uśmiechniętym.

Czyli doświadczenie „sodówki” raczej jest Ci obce?

Starzy znajomi, których czasami spotykam np. w rodzinnym Brzesku, widząc mnie uśmiechniętego i otwartego, obawiając się, że najgorsze jeszcze przede mną, przestrzegają mnie, „żeby mi woda sodowa nie uderzyła do głowy”. Ale tak sobie myślę, że gdyby miało się to wydarzyć, to wydarzyłoby się już jakiś czas temu. W końcu dla chłopaka z małego miasta sam wyjazd do Warszawy i kilka nagród na międzynarodowych konkursach to już spory powód do tej tzw. sodówki… Ja taki epizod miałem w gimnazjum, przyszedł razem
z młodzieńczym buntem. (śmiech) I wtedy Krzysztof Szydłowski przywołał mnie do porządku… Nie obraziłem się, tylko zacząłem pracować.

To też świadczyło o Twojej dojrzałości. Bo przecież mogłeś strzelić focha…

Zawsze miałem tak, że moi rówieśnicy byli dla mnie za młodzi. I zawsze bardziej ciągnęło mnie do starszego towarzystwa. Może dlatego, że wychowałem się wśród starszych sióstr..

A odczuwałeś kiedyś kompleks małego miasteczka? Czy to, że pochodzisz z niewielkiego miasta miało jakiś wpływ na to, jak czujesz się w tym wielkim świecie?

Nie, nigdy czegoś takiego nie miałem.Zawsze dążę tam, gdzie uważam, że będzie mi dobrze i gdzie będę mógł się rozwijać i dzięki temu pojawił się teraz Nowy Jork. Kiedy byłem młodszy, zapatrzony w swoje starsze siostry, które studiowały w Krakowie,chciałem pójść w ich ślady. Za każdym razem, kiedy je odwiedzałem marzyłem o mieszkaniu w tym mieście i nie mogłem się doczekać, kiedy i ja zacznę tam swoje studia. Stało się inaczej. Otóżktóregoś dnia na swojej drodze spotkałem pana Mikołaja Zalasińskiego, barytona z Brzeska, który od wielu lat robi dużą, międzynarodową karierę. Rozmawiałem z nim o mojej nauce, planach, zaśpiewałem nawet kilka dźwięków. Kiedy mnie usłyszał powiedział, że widzi mnie tylko i wyłącznie w Warszawie, i u konkretnego profesora. Zaraz po tym spotkaniu zdobyłem numer telefonu do tego profesora. I tak to się zaczęło. Gdyby nie to spotkanie,pewnie zostałbym tutaj, bo nawet nie pomyślałbym
o wyjeździe do stolicy.

Czyli to małe miasteczko jednak trochę Cię ograniczało…

Gdybym wtedy nie odważył się zawalczyć o miejsce na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, pewnie nie doszedłbym tu, gdzie teraz jestem. Teraz jestem otwarty na wszystko, smakuję świata. Duży wpływ ma tu na mnie moja narzeczona. Ona
w wieku 16 lat wyprowadziła się z domu do Warszawy, zaczęła pracę w teatrze muzycznym ROMA, później w dubbingu, a to był dopiero początek! Ta odważna decyzja przyniosła konkretne rezultaty.Odkąd się znamy, cały czas mnie motywuje, namawia do obierania nowych kierunków, próbowania nowych rzeczy. I ja teraz już też się nie boję, jestem otwarty na nowe. Wszystko jest w głowie.

Mówiłeś, że sporo rzeczy Cię denerwuje. A czy jest coś, co Cię demotywuje?

U mnie to wszystko najlepiej obrazuje sinusoida. Mam takie momenty, kiedy chcę to wszystko rzucić i zostać taksówkarzem, albo pracować w biurze i…

… zostawiać pracę za drzwiami biura po ośmiu godzinach?

Właśnie tak. To pojawia się, kiedy jestem zmęczony, coś się nie uda… Taka dobra passa, która nagle się ucina. Trzeba do tego przywyknąć.

A masz jakieś sposoby na walkę z tą demotywacją czy dajesz sobie po prostu czas, czekasz aż samo przejdzie?

Gram w gry!

Odmóżdżasz się? (śmiech)

Tak, jak się denerwuję np. przed spektaklem czy konkursem. Kiedy już jestem przygotowany i skoncentrowany, a zostanie jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia,chwytam za telefon, włączam jakąś grę(uwielbiam gry logiczne!) i wtedy nie zastanawiam się, jak mi pójdzie, czy zapomnę tekstu albo potknę się na scenie. Najważniejszy staje się problem do rozwiązania na tym szklanym ekraniku. Na kilka minut przed wybiciem „godziny zero” odkładam telefon, staje na równe nogi i zaczynam maszerować. To mój kolejny sposób na stres. (śmiech)

A co takiego ma opera, że właśnie ją wybrałeś?

Wszystko, opera ma wszystko.

Muzykę i aktorstwo?

Tak. Opera jest wielka, kolorowa, pełna emocji. Wybór opery z początku był czystą kalkulacją. Kochałem być na scenie, kochałem śpiewać, ale opery nie lubiłem. Mimo to nie rzuciłem nauki, bo czułem, że dobrze mi idzie. Na szczęście ostatecznie zakochałem się w niej po uszy. Inaczej byłoby ciężko na dłuższą metę uprawiać gatunek, do którego nie miałoby się serca. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że dobrze radzę sobie zarówno ze śpiewem, jak i aktorstwem. Tacy śpiewacy są teraz pożądani, szczególnie, że nie jest ich wielu.

Czyli tacy jak Ty. Masz tę przewagę.

Nie jestem jeszcze Mariuszem Kwietniem i nigdy też nie będę. Pracuję ciężko nie po to, aby stać się kalką swojego idola, tylko żeby stać się najlepszą wersją samego siebie. Mam jednak świadomość, że – tak jak to jest w przypadku mojego mistrza – umiejętności aktorskie są moją mocną stroną. Zdarzają się jednak też takie perełki, osoby które cudownie śpiewają, mają nadzwyczajny talent – który objawił się np. dopiero po mutacji – i nigdy wcześniej nie stały na scenie. I agenci mimo to biją się o takie głosy na miarę Pavarottiego czy Callas. W ten sposób trafiają do opery ludzie, którzy niekoniecznie są dobrymi aktorami.

I tu okazuje się, że praca od dziecka ma sens!

Tak, zdecydowanie! Uważam, że ma ogromne znaczenie. Spotykam osoby, które swoją przygodę ze śpiewem zaczęły późno i właśnie od śpiewu operowego. Przez co nie potrafią lub nigdy nie miały okazji śpiewać naturalnym, niepostawionym głosem. Kiedy nagrywałem piosenkę Bestii w polskiej wersji językowej „Pięknej i Bestii” Disneya, kierowniczce muzycznej, Agnieszce Tomickiej, zależało, abym trochę odpuścił, mniej wibrował, trochę odszedł od klasycznej emisji. Właśnie dzięki temu, że śpiew w moim życiu był obecny od dziecka, mogłem poradzić sobie z tym wyzwaniem i kiedyś, mam nadzieję, będę mógł pochwalić się swoim dzieciom tym niewątpliwie miłym epizodem na mojej operowej ścieżce.

Masz na koncie już sporo sukcesów. Z jakiego jesteś najbardziej dumny? A jakie porażki śnią Ci się po nocach?

Nie śnią mi się sukcesy, nie śnią mi się porażki. Sukcesy świętuję bardzo krótko. Kiedy wygrywam konkurs, czy mam za sobą kolejną premierę, są uściski, gratulacje, kolacja z narzeczoną, przyjaciółmi. Wielka radość. Zadanie wykonane i wracam do pracy. Tak właśnie było chociażby teraz po obronie pracy magisterskiej. O 13. obrona, o 14. obiad, a o 15. w dresach malowaliśmy już ściany w mieszkaniu. To tak, żeby było jasne, że moje życie nie składa się tylko ze śpiewania w pięknych dekoracjach i smokingu. (śmiech)

Nie masz czasu na delektowanie się sukcesem. Ciągle szukasz czegoś nowego.

Nie łechcę się swoimi sukcesami. Najistotniejsze i najciekawsze dla mnie jest to, jak do tego doszedłem.Sam występ to tylko efekt tej pracy i oczywiście ogromna radość. Chwilę potem pojawiają się już nowe plany. Kiedy dostałem się do The Juilliard School w Nowym Jorku, szybko wylał się na mnie kubeł zimnej wody. Okazało się, że fundacja, na której pomoc liczyłem, a która przyznaje stypendia właśnie na studia w USA, akurat w tym roku nie przyzna ich nikomu. Nikomu. Akurat teraz. Sukces był, ale zaraz po nim musiałem wziąć się do pracy i zacząć szukać innych sposobów na sfinansowanie mojej edukacji. To bardzo ciężka praca, ale przy tym spotyka mnie wiele dobrego.

A czy masz jeszcze jakieś marzenia na najbliższy czas? Masz już jakieś plany, jak je zrealizować?

Najważniejszym marzeniem na teraz jest zebranie wszystkich potrzebnych funduszy na pokrycie kosztów edukacji w Nowym Jorku. Prowadzę akcję crowdfundingową, gdzie każdy może mi pomóc: www.gofundme.com/hubert-zapior. Kiedy to się uda, a mocno w to wierzę, największym marzeniem stanie się znakomicie poradzić sobie w nowym miejscu, zaśpiewać piękne spektakle w Warszawie
w grudniu i styczniu w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej tak, abym również tam mógł często wracać. Z Nowego Jorku chcę wycisnąć najwięcej, jak się da. Chcę również znaleźć czas na wzięcie ślubu… No i zacząć już takie prawdziwie zawodowe życie, ruszyć w podróż wyznaczaną kolejnymi scenami operowymi.

Nowy Jork Cię wciągnie? Zostaniesz tam?

Aby śpiewać w USA, trzeba mieć odpowiedni rodzaj głosu. Tamtejsze opery są dwa, trzy razy większe niż europejskie. Mój głos na ten moment na pewno nadaje się na sceny w Europie. Czy na te amerykańskie również – mam nadzieję przekonać się w najbliższych latach. Ale to nie jest kluczowe. Uważam, że dla każdego jest miejsce w tym zawodzie i każdy to miejsce sobie w końcu znajdzie. Najważniejsze jest dla mnie to, że robię to, co kocham i dopóki ta miłość będzie trwała, nie będzie miało znaczenia,na którym kontynencie będę śpiewał.

Hubert Zapiór – student The Juilliard School w Nowym Jorku, absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza; występował na scenach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, Warszawskiej Opery Kameralnej, Shlosstheater Rheinsberg, Filharmonii Krakowskiej, Filharmonii Świętokrzyskiej i Filharmonii Podkarpackiej. Zdobywca wielu międzynarodowych nagród.

Kliknij tutaj i zrób coś bardziej pozytywnego: www.gofundme.com/hubert-zapior! Pomóż Hubertowi spełnić marzenie o nauce w prestiżowej szkole w Nowym Jorku! 🙂