Po świecie na hulajnodze! Rozmowa z Dominikiem Wieczorkiewiczem, podróżnikiem i autorem książki

Wysoki mężczyzna z pluszakiem w plecaku i ona – hulajnoga. Trio, które dotarło do najdalszych zakamarków świata oraz które pomaga potrzebującym dzieciom. Karawana spełniająca marzenia, własne i cudze. Jakiś czas temu do rąk najmłodszych trafiła jego książka – fantastyczny zbiór krótkich historii udowadniających, że Arabia może być szczęśliwa. Jego samego nazwać można „dzieckiem szczęścia”, a ta dziecięcość jest tu szczególnie pozytywna.

Dominik Wieczorkiewicz, entuzjasta przyrody, oddany światu i ludziom podróżnik, autor bloga HulajKrysiu.com i książki „Hulajnogą przez Szczęśliwą Arabię”. W tej rozmowie pokazuje, jak smakować życie, spełniać swoje marzenia i zarażać radością innych.

 

Dominiku, jak udaje Ci się pielęgnować w sobie to szalone, ciekawe świata dziecko? Bo skostniały i zabiegany dorosły nie byłby w stanie żyć z taką pasją i optymizmem. Udaje Ci się zarażać tą swoją pozytywną energią ludzi wokół, najbliższych?

„Zastrzeliłaś” mnie pytaniem już na początku… (śmiech) Dużym dzieckiem jestem, odkąd tylko pamiętam. Zawsze byłem jednym z najwyższych chłopaków czy to w przedszkolu czy w szkole, na studiach. Teraz w pracy jest Pan Jarek, który przewyższa mnie o dwa centymetry i zapewne kilka kilogramów. W dziecinności chyba mi jednak ustępuje. Pasję do podróżowania wyssałem z mlekiem mamy, której z całego serca zawdzięczam to, co teraz robię. Bliscy uważają mnie za marzyciela i niepoprawnego lekkoducha. Tymczasem ja od jakiegoś czasu staram się po prostu realizować własne pragnienia. Nikomu nie chciałbym narzucać mojego stylu życia. Ale mam jeden sukces osobisty!

Zdradzisz jaki? Umieram z ciekawości!

Lenka, moja córeczka, już pędzi na różowej hulajnodze jak szalona!

Fantastycznie!

Kto wie, może w przyszłości razem pohulamy przez magiczny świat „Baśni 1001 i jednej nocy”. Albo… wystartujemy w sztafecie na zawodach hulajnóg? W każdym razie do realizacji szalonych marzeń wiele lat temu przyczyniła się zapewne zmiana mojego miejsca zamieszkania. Wyrwałem się ze znanych schematów i zacząłem robić rzeczy, które żyły gdzieś w głębi mojego serca: jazda na hulajnodze, na rolkach, na łyżwach. Zapisałem się nawet na kurs tańca towarzyskiego, kursy hiszpańskiego i francuskiego. Podróżuję, od kiedy tylko pamiętam.

Jak radzisz sobie z niepowodzeniami? Narzekasz czasami czy złym myślom każesz odhulać w dal?

Jak każdy z nas mam gorsze i lepsze dni. Ostatnimi czasy w moim życiu dzieje się dużo dobrego. Wziąłem ślub, mam fantastyczną rodzinę, odbyłem podróż marzeń, zakwalifikowałem się do otwartych mistrzostw świata na hulajnogach, napisałem książkę, przygarnąłem wiernego psiaka…

Zdecydowanie pozytywne życie. Można Ci zazdrościć…

Generalnie nie mam powodów do narzekania. Ale kiedy dosięga mnie już gorszy czas, radzę sobie na kilka prostych sposobów. Przede wszystkim wsiadam na hulajnogę, która uwalnia mnóstwo endorfin. Ewentualnie zajadam się… słodkościami. Musisz wiedzieć, że jestem ogromnym łasuchem (śmiech). Po trzecie – zagłębiam się w lekturę. Przeniesienie się do świata bohaterów książki zawsze poszerza horyzonty i oddala złe myśli. Po prostu czytam, bo lubię.

A skąd miłość do hulajnogi właśnie? Czy to miłość od pierwszego… hulania? Kiedy zaiskrzyła?

O ile mnie pamięć nie myli, za młodzieńczych lat dostałem od rodziców w prezencie hulajnogę – zabawkę. Coś mi świta, że dziadek kiedyś też miał hulajnogę, ale taką z siodełkiem rowerowym. Zapewne to on rozbudził we mnie pragnienie hulania na dalszych trasach. Później powodów było wiele. Ale chyba najważniejszy to chęć zadbania o własne zdrowie i otaczające środowisko. Kiedyś wydawało mi się, że żyję ekologicznie. Dopóki nie zrobiłem symulacji zanieczyszczeń, jakie generuję. Okazało się, że przez liczne podróże samochodem, pociągiem czy samolotem degraduję powietrze za trzech.

Niewiele ludzi potrafi to przyjąć do wiadomości i zmienić styl życia. Ukłony dla Ciebie!

Złapałem się za głowę, pomyślałem, że muszę zatroszczyć się o otaczający nas świat. Dość spontanicznie kupiłem pierwszą hulajnogę, która stała się moją serdeczną przyjaciółką. Później jakoś poszło. Do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie życia bez hulajnogi. Nawet dzisiaj wybrałem się na rundę, pomimo wiatru i deszczu.
Drugim ważnym powodem jest chęć powrotu do beztroskiego czasu dzieciństwa.

A jednak! Czyli wracamy do pierwszego pytania (śmiech)

Tak, tak… (śmiech). Wskakując na hulajnogę można zanurzyć się w marzeniach a potem tylko je spełniać.

I tu znowu nawiążę do klimatów dziecięcych, bo ktoś, kto już Cię poznał, kojarzy Cię także z… pluszowymi misiami. Dlaczego?

Lubię zabawki jak każdy z nas. Ludzie kojarzą mnie przede wszystkim z Krysią, ponieważ był to miś, który towarzyszył mi podczas zwariowanej wyprawy hulajnogą przez Szczęśliwą Arabię. Wszystkie podróżujące ze mną pluszaki wspomagają fundację charytatywną TVN „Nie jesteś sam”. Kupując je przed Świętami Bożego Narodzenia, wspomagamy potrzebujących. Co więcej – pluszowy miś to znakomity kompan podróży.

Jak to?

Jest zawsze uśmiechnięty, z podniesioną głową znosi wszelkie trudy podróży, co więcej przełamuje bariery językowe, religijne i kulturowe. Wystająca z plecaka maskotka zawsze wywołuje uśmiech na twarzy nawet wśród dorosłych ludzi. Kiedyś spotkała mnie zabawna historia w Algierii. Hulałem nocą przez owianą złą sławą dzielnicę Algieru – Kasbah. Na chwilę zsiadłem z pojazdu, aby zawiązać sznurówkę. Wówczas zbliżyła się do mnie grupa rzezimieszków. Miałem wrażenie, że chcą mnie ograbić. Ale kiedy zobaczyli, że mam ze sobą hulajnogę i misia… wybuchli śmiechem.

Z pewnością byli zdezorientowani! (śmiech)

Być może! (śmiech) Ale gdy opowiedziałem im o swojej podróży, popatrzyli na mnie z podziwem i zaprosili na piwo. To przykład jak właśnie pluszaki i hulajnoga działają na ludzi.

Niedawno została wydana Twoja książka. Znakomite historie, piękne ilustracje… Dla najmłodszych i wcześniej urodzonych. Zaraz powstanie kolejna. Co jest dla Ciebie bardziej pozytywne i ekscytujące – podróże czy pisanie, spotkania z czytelnikami?

Napisanie książki było moim wielkim marzeniem, które udało się spełnić. Prowadzę bloga hulajkrysiu.com i fan page`a na Facebooku o podobnej nazwie. Jednak zawsze byłem entuzjastą zamkniętej formy literackiej. Postanowiłem stworzyć zbiór opowiadań dla dzieci. To właśnie przybywający do mnie na zajęcia w ramach edukacji przyrodniczo-leśnej uczniowie puszczańskich szkół podstawowych pośrednio namówili mnie do popełnienia tego literackiego czynu. Obecnie pracuję nad drugą pozycją, w której chciałbym spisać zwariowaną podróż na Smoczą Wyspę. Na razie nie wiem czy ujrzy się światło dzienne. Zdaje sobie sprawę, że wydanie książki nie jest proste. Ale mi się już raz udało. Sam proces wydawniczy był niesamowitą przygodą. Poznałem podczas niego niesamowitych ludzi na czele z załogą Wydawnictwa Skrzat.

Trzymam kciuki za kolejną książkę! A co najbardziej Cię napędza?

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co wywołuje we mnie największe emocje. Życiowy tlen czerpię z hulania i spotkań z ludźmi. Cieszą mnie zarówno głębokie dialogi z uczestnikami spotkań autorskich (głównie dzieci), jak i przydrożne rozmowy ze staruszkami zajmującymi ławki przed domem na wsi. Staram się nikomu nie odmawiać pogawędki, niezależnie od koloru skóry, statusu społecznego, religii, wieku czy ubioru. Taką mam zasadę. Oczywiście najbardziej pozytywny jest dla mnie czas spędzony z bliskimi – żoną, dzieckiem, tatą, dziadkami, bratem.

Kiedy czyta się „Hulajnogą przez Szczęśliwą Arabię” odnosi się wrażenie, że jesteś szczęściarzem. Trochę udowadniasz to w tej rozmowie. Spotykasz przyjaznych ludzi, udaje Ci się unikać kłopotów. Pomyślałam, że to zasługa Twojej mamy. Dedykujesz jej tę książkę…

Moja mama jest dla mnie niedoścignionym wzorem, jeżeli chodzi o pokłady pozytywnej energii. Całe dnie była w ruchu, biorąc z życia pełnymi garściami. Uważam, że z matczynym mlekiem wyssałem pasję do podróży w najbardziej odległe zakamarki. Mama patrzyła na świat z otwartym sercem, nie bała się niebezpieczeństw. Regularnie oglądam jej zdjęcia i czytam relacje. Najbardziej ujęła mnie fotografia, na której trzyma na rękach syryjskie dzieci. To było na niedługo przed wybuchem wojny domowej. Zawsze w dobrych słowach wypowiadała się o mieszkańcach Półwyspu Arabskiego i właśnie dzięki tym opowieściom podążyłem jej śladem. Dodam jeszcze, że na pierwsze spotkanie autorskie udałem się do klasy, którą mamusia prowadziła przed śmiercią. Początkowo uczniowie płakali, spoglądając na mnie, ponieważ usposobieniem przypomniałem im mamę. To było ujmujące. Jednak później wszyscy uśmiechaliśmy się. Wiem, że mama wolałaby, abyśmy właśnie w takim nastroju spędzili resztę spotkania.

A las? Jakie miejsce w Twoim życiu zajmuje las? Bo zdaje się, że nie jest bez znaczenia.

Jestem leśnikiem. Dokładniej – edukatorem przyrodniczo-leśnym. Czyli trochę takim domorosłym nauczycielem przyrody. Mieszkam w samym sercu Puszczy Noteckiej. Las jest więc dla mnie domem, miejscem pracy oraz inspiracją twórczą. Podróżnicze pomysły najczęściej wpadają mi do głowy podczas hulania pośród leśnych ostępów puszczy. Ponadto przyjaźnię się z mieszkańcami lasu. Odkąd rozpocząłem pracę w nadleśnictwie, odbyłem wiele spotkań ze… zwierzętami. Widywałem daniele, sarny, jelenie, dziki, jenoty, zające, traszki, żaby, salamandry, żmije, żubra.

Ta różnorodność robi wrażenie.

Pewnego razu w środku lasu napotkałem nawet stado bawołów afrykańskich, jak się okazało uciekinierów z odległej hodowli. Wszystkie te spotkania były dla mnie fantastycznym przeżyciem. Natomiast niedawno uświadomiłem sobie, że każdorazowe zejście się z „królami” Puszczy Noteckiej – wilkami, powoduje bardziej pozytywne zmiany moim życiu.

Dlaczego? Brzmi co najmniej tajemniczo…

Spotkania z wilkiem zawsze wywołują we mnie ekscytację. Początkowo czuję się zmieszany, później mam zamiar sięgnąć po aparat fotograficzny, ale zazwyczaj to krótki moment, więc szkoda tracić chwili. Na drugi, maksymalnie trzeci dzień po takim spotkaniu zawsze miałem dużo szczęścia – np. otrzymałem pozytywną odpowiedź na dawno złożony wniosek wizowy, szef zaproponował mi korzystniejszy zakres czynności, zaznajomiłem się z bardzo pozytywnym człowiekiem, chory członek rodziny poczuł się lepiej. Co więcej wilk to taki podróżniczy amulet, potrafi dziennie przejść nawet 50 kilometrów.

Czy hulajnoga zwiedzi w najbliższym czasie jakieś fascynujące miejsca?

Hmm, nie mam już swojej przyjaciółki, żółtej hulajnogi. Ona cały czas hula na Smoczej Wyspie, sprawiając dzieciom najbiedniejszego kraju świata, Jemenu, wiele radości. Teraz posiadam hulajnogo-rower albo inaczej – dużą hulajnogę, z którą zimą planuję wyruszyć do Erytrei. Mam nadzieję, że podróż przyniesie przygody, których nie powstydziliby się członkowie afrykańskich plemion. Kto wie, może doczekają się one spisania w zbiorze opowiadań dla najmłodszych?

Książka „Hulajnogą przez Szczęśliwą Arabię” (Wydawnictwo Skrzat) dostępna jest tutaj.