Możliwe, że jestem tym gorszym… – Stefan Pawłowski

Pojawił się nagle w nowym serialu. Serial okazał się hitem a on podczas jednego wieczora zdobył serca polskich kobiet. I choć został okrzyknięty amantem, dystansuje się od tego i stara się skupiać na wartościach aktorstwa. O „pieczarce” na głowie, znakomitej babci i wymarzonym spacerze po Warszawie rozmawiam ze Stefanem Pawłowskim.

Od pewnego czasu w polskich serialach i filmach pojawia się wiele nowych, młodych twarzy. Wśród tego grona znalazł się też Pan. Rola Marcina Kaszuby w serialu „O mnie się nie martw” przyniosła Panu popularność i rzesze fanów. Zapytam trochę przewrotnie: Czy to dobrze? Czy jest Pan na to gotowy? Sława, jak każdy wie, ma swoje plusy, ale i minusy…

Odpowiem przewrotnie, że wszystko zależy od tego, czego każdy pragnie. Mianowicie dla mnie sława, rzesze fanów, choć to bardzo miłe i dodaje motywacji, nie jest powodem tego, dlaczego zostałem aktorem. Nie jest też moim celem. Jestem świadomy tych plusów i minusów sławy, o których słusznie Pani wspomniała, tym bardziej jestem czujny, trzymam się bardziej pierwotnych wartości i je rozwijam w sobie.

Choć nie zaczynał Pan od serialu, bo ma Pan za sobą kilkuletnią pracę w dubbingu, to jednak serial – lekki, przyjemny, komediowy – przyniósł Panu jak na razie największe korzyści. Ale istnieją dwa obozy wśród krytyków. Jeden gardzi serialami i uznaje je za aktorską chałturę, drugi uważa, że jeśli da się z siebie wszystko, to i z serialu można zrobić dzieło. Nie boi się Pan, że przez niektórych będzie Pan postrzegany jako ten z serialu, ten… gorszy?

(śmiech) Możliwe, że jestem tym gorszym, kto wie? (śmiech) Osobiście uważam, że serial, film, teatr, dubbing etc. to wszystko gałęzie aktorskiej twórczości. Jeśli ktoś czuje się na siłach, by sądzić, co jest dobre a co złe, to fajnie, ale ja od takiej postawy stronię. Mam tu na myśli to, że różne są spektakle teatralne, seriale i filmy. Nie można mówić, że jeśli aktor wziął udział w tym, to jest świetny, a skoro zagrał tu czy tu, to już jest błaznem i komediantem. Ja mam dane grać w serialu, akurat w towarzystwie świetnych aktorów teatralnych, filmowych i serialowych, którzy pokazują mi, że można  łączyć różne formy aktorstwa w sposób ambitny i solidny. A na postrzeganie mnie przez innych nie do końca mam duży wpływ. Staram się ciągle zmieniać na lepsze, tyle.

A czy serial nie jest szybszą i prostszą drogą do popularności? Patrzę na Pana i Pańskiego brata, Józefa, który w „Mieście44” stworzył niezwykłą rolę, notabene Stefana, i zastanawiam się, który z Panów zrobi szybszą karierę…

Akurat „Miasto 44” obejrzało wielu Polaków, możliwe, że nawet więcej, niż „O mnie się nie martw”. Poza tym „Miasto 44” będzie również wyświetlane za granicą, więc Józek ma szanse na międzynarodową popularność (śmiech). Żartuję oczywiście, bo nie o popularność tu chodzi. Jestem dumny z niego, za jego rolę, za ten film, w którym tak godnie zagrał, bo jest to film dla mnie, dla niego, dla wielu… Hołd ku pamięci „Powstańczej Warszawy”!

Jakie ma Pan zdanie o polskim kinie? Czy, Pańskim zdaniem, w Polsce da się wyprodukować film, który zachwyci wszystkich? Czy nasz kompleks niższości wobec kina amerykańskiego jest w ogóle słuszny?

Historia polskiej kinematografii jest bardzo długa i bogata. Z tymi słynnymi kompleksami, to jest trochę skomplikowana sprawa, bo jak wiadomo, i jak niektórzy powtarzają do tej pory, to na Zachodzie wszystko jest lepsze. Guzik prawda. Zabytki mają fajne, muzea, galerie, my też mieliśmy przed wojną i dzisiaj nadal mamy. Socjalne kwestie to inna sprawa. A z kinem jest tak… Nasza babcia Teresa Szmigielówna grała prawie pół wieku w polskich filmach i to było świetne kino. Dzisiaj w Polsce powstają znowu coraz ciekawsze filmy i to z różnej półki. Nie kręcimy tylko filmów historycznych, jak niektórzy w kółko powtarzają. Seriali też ostatnio wyszło kilka nienajgorszych. A propos kina amerykańskiego, to ja najbardziej lubię filmy z festiwalu Sundance, które budżetem i atmosferą zbliżone są do naszego kina. Superprodukcje amerykańskie coraz częściej bywają podobne do siebie, przez co trochę nudne.

Co, Pana zdaniem, kryje się pod hasłem „amant”? Nie wiem, czy Pan wie, ale przez część mediówi znaczną część kobiet został Pan nim okrzyknięty. Nowy amant polskiego kina – Stefan Pawłowski. To Panu schlebia, czy raczej Pana krępuje?

Do 15-tego roku życia miałem na głowie tzw. pieczarkę. Tata golił mnie i moich dwóch młodszych braci dosłownie od garnka, więc były trzy takie same Pieczarki (śmiech). Szkoda, że np. w tym serialu Marcin Kaszuba nie nosi na głowie właśnie „pieczary” (śmiech). To dopiero byłbym amantem! Nie mam zdania na temat stwierdzenia „Stefan Pawłowski – amant”. To miłe, ale uroda ma to do siebie, że przemija, a co później pozostanie… Oto jest pytanie. Mam tu na myśli wątek aktorski oczywiście i moją grę.

Czym jest dla Pana aktorstwo? Rodzinną tradycją, powołaniem, drogą do sławy?

Im bardziej w nie wchodzę, tym bardziej jestem zauroczony, jak jest ono różnorodne. Chodzi tu o różne role, które można zagrać, ludzi, których się spotyka, reżyserów, producentów, wszystkich twórców danego projektu. Nie ma nudy i to mnie bardzo w tym zawodzie pociąga. Myślę, że aktorstwo jest dla mnie długo poszukiwaną drogą.

Jakie są różnice warsztatowe między dubbingiem a aktorstwem teatralnym, serialowym, filmowym? Które z nich najbardziej Pana fascynuje i angażuje?

Dubbing to głos, słowo, emocje, rytm, energia. W dubbingu nie jest ważne to, jak się wygląda, jaką ma się twarz. Liczy się głos i to, jak umie się go używać. Atmosfera w studiach dubbingowych jest bardzo rodzinna. Pozostałe formy aktorstwa są bardziej pokazowe, w bezpośredniej konfrontacji z widzem (np. teatr), przez to, że używa się całego ciała, mimiki twarzy, gestu, a także głosu. Wiąże się to z większym stresem, zaangażowaniem całego siebie i wewnętrznie, i zewnętrznie. Mam takie wrażenie, że dubbing pozwala mi przenieść się m.in. w świat bajek, na których się wychowałem i cieszy mnie, że teraz ja mogę w niektórych bajkach użyczać swojego głosu.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że to szczęście grać w dwóch serialach naraz. W dwóch, których akcja toczy się w Warszawie. W „Czasie honoru” to Warszawa walcząca, historyczna,a w „O mnie się nie martw” Warszawa współczesna. Która Pana, jako Stefana Pawłowskiego, bardziej pociąga i fascynuje?

Tak szczerze, to chciałbym przenieść się w czasie do Warszawy międzywojennej, zobaczyć ten mix kulturowy na jej ulicach, przepiękną synagogę, która stała przy dzisiejszym pl. Bankowym, pójść do ówczesnego Teatru Wielkiego, do Łazienek, posiedzieć nad Wisłą. Obie Warszawy kocham mocno – współczesną za to, że i dziś mogę odwiedzać te miejsca, za to, że ją odbudowano.

Czy ma Pan już jakieś aktorskie plany na najbliższą przyszłość?

Jestem w trakcie kręcenia drugiego sezonu „O mnie się nie martw”, a co potem… Zaczynam tęsknić za teatrem, więc kto wie…

[rozmowa przeprowadzona dla „Imperium Kobiet”, 2015]